szczyt katharsis

Słońce było już wysoko. Młodzieniec wiedział, że jego cel jest już na wyciągniecie ręki. Może ostatnie sto-pięćdziesiąt, dwieście metrów dzieliło go od miejsca swojego przeznaczania, celu życia.

Aparat tlenowy pracował na pełnych obrotach, zahartowane mięśnie robiły to do czego zostały stworzone. Całe ciało pracowało bez zakłóceń w monstrualnym wysiłku. Dookoła roztaczały się widoki, które mogło podziwiać tak niewielu w historii świata. Michael nie dopuszczał jednak do rozproszenia się nieskończoną głębią, nieskazitelnie białego, krajobrazu. Cel był tak jasny, tak klarowny jak otaczająca go biel. Wszystko co robił od wielu lat, każdy zdobyty uprzednio szczyt, był drogą do tego miejsca, w którym za chwile miał się znaleźć. Nie mogło być już przeszkód. Sam Bóg, nie mógł by już mnie zatrzymać. – myślał.

W ciągu tych wielu lat, ciężkiej pracy nad swoim ciałem i umysłem, poświęcił tak wiele. Teraz, gdy był już tak blisko, zaczęły pojawiać się obrazy z przeszłości. Organizm jak maszyna parł do przodu, umysł pewny osiągnięcia celu. Tylko zmęczona świadomość uciekała i błądziła w przeszłości. Trzeci dzień z rzędu męczył go ból głowy. Zaczęły pojawiać się przebłyski i wspomnienia z przeszłości…

– Synu, wciąż się uczysz, usiądź koło mnie. – Mężczyzna w średnim wieku siedział na ławeczce przed domem.
– Znów będziemy siedzieć i oglądać zachód słońca? To nudne ile można, każdy kolejny jest taki sam.. – Szesnastoletni Michael już wtedy zdawał się być niezwykle ambitny i pracowity. Większość dnia spędzał na nauce i planując swoją przyszłość. Ojciec nie odrywał wzroku od błękitu nieskończonej przestrzeni.
– Nie jest taki sam, każdy jest wyjątkowy, jak każda chwila życia. – Ojciec odwrócił się i spojrzał głęboko w oczy syna. Były piękne, błękitne jak niebo ale jakby nieobecne. Czuł że umysł dziecka błądził w przyszłości szukając wyzwań. Chłopiec uciekł wzrokiem, jak gdyby bał się konfrontacji z chwilą obecną.
– No jak? Jest słońce i chowa się za horyzontem. Atmosfera sprawia, że docierają do nas ograniczone widmo światła, przez co słońce widzimy w kolorze pomarańczowym…
– Po co opisujesz obraz? Nie przyjemniej by było po prostu się nim cieszyć?
– Ale tato… to jest zawsze to samo…
– Opis obrazu może być zawsze ten sam. Jego doświadczenie jest całkowicie unikalne.
– Tato mam dużo pracy. Wybacz ale mam ambitniejsze plany na życie, chcę coś osiągnąć. Coś wyjątkowego.

Czekan wbił się głęboko w lodowo–śnieżną pokrywę. Mięśnie pracowały coraz wolniej. Michael wiedział, że to nie sprint. Dystansem jaki pokonał by być u progu mety była większość jego życia. Teraz miał sięgnąć po ostateczną nagrodę. Ukoronowanie wysiłku całego istnienia. Tak, życie to ciężka walka o cele, które sami sobie wyznaczymy. – miał w zwyczaju mówić. Czym zresztą by ono było gdyby nie ten szczyt? Odzwierciedlał wszystkie wartości, którym się poświęcił. Dawał świadectwo jego sile, męstwu, odwadze. Tego, że wie jak przeżyć życie, odważnie jak nikt inny. Nigdy przecież się nie wahał. Nie było na to czasu. Jak maszyna dążył do celu i był dumny z mechanicznej niezawodności swojego ciała i umysłu. Sam się takim stworzył. Idealne narzędzie do wykonania zadania życia, jego celu.

 

Godzinę później

Całe ciało drżało z bólu, zimna i podniecenia… Jeszcze ostatnie kilka metrów. Ostatnie mechaniczne ruchy mięśni… Mężczyzna powoli wczołgał się na szczyt. Złapał oddech, spiął mięśnie. Powoli, mozolnie ukląkł, po czym z wydechem dźwignął tułów… Stał na dachu świata.

 

Wyżej już nie można było wejść. To koniec. – pomyślał.
Wszedłem , udało mi się. Osiągnąłem to! Euforia zmieszała się z bólem i wyczerpaniem w dziwnej mieszance. Adrenalina i kwas mlekowym odczuwalne był w każdym mięśniu. W głowie zaszumiało na tyle intensywnie, że znów przykląkł. Zamroczony przez chwilę, wrócił bezwładnie myślami do rozmowy z ojcem, do której doszło przed wyjazdem.

– Synu nie zostaniesz do jutra? Wiesz że są urodziny Mamy?
– Nie mogę. Zapowiadają idealne warunki. Jeżeli je przegapię w tym sezonie, szansy może już nie być.
– Jestem z ciebie dumny. Zdobyłeś już prawie wszystkie szczyty. Do czego jest ci potrzebny jeszcze ten?
– Jak to? To najtrudniejszy szczyt. To granica możliwości. Nikt nie zdobył jeszcze ich wszystkich. Trzy ostatnie lata podporządkowałem tylko treningom pod tą wyprawę.
– Rozumiem. – Ojciec uśmiechnął się smutno… jakby ze współczuciem.
– To jest naprawdę ważne. To jest to kim jestem.
– Nie zauważasz, że gonisz za cieniami. Życie toczy się „tu i teraz”, w każdej chwili… – Widząc, że młodzieniec patrzy tępym wzrokiem nie rozumiejąc nic, przymknął oczy i spytał:
– Co będzie gdy już osiągniesz ten szczyt?
– Jak to co? Będę najlepszy! Nikt jeszcze tego nie dokonał. Po to żyję!

Obraz rozmył się tak szybko jak się pojawił. Stan oszołomienia trwał jednak przez chwilę nim znów umysł powrócił do względnej jasności myślenia. Serce powoli również wracało do względnie normalnego rytmu pracy. Mógł się teraz rozejrzeć dookoła. Było pięknie. W oddali majaczyły niższe szczyty, mroźne powietrze napędzało obłoki poniżej ich wierzchołków. Wszystko mieniło się w słońcu jak miliony diamentów. Kolor nieba na tej wysokości był intensywnie granatowy i głęboki.
Jeszcze kilka głębokich oddechów. Obolałe mięśnie dopiero teraz zaczęły mocniej dawać się we znaki. Uspokoiwszy organizm po ciężkim wysiłku, umysł zaczął trzeźwiej i intensywniej pracować.
Jestem tu… udało się… zrobiłem to… – Powtórzył do siebie jeszcze kilka razy mężczyzna.
Umysł przez chwilę zatrzymał się w bezruchu… Pustka ogarnęła świadomość, umysł jej nie znał i nie rozumiał… po pierwszej w chwili prawdziwie przeżytej chwili w teraźniejszości pojawił się strach.

Co teraz? Jak to co, zejdę na dół… ale co teraz będę robił? To była najwyższa góra, najwyższy szczyt. Tego chciałem, a wiec jestem. Wszedłem i jestem…
Tu nic nie ma… Jest pięknie… ale nie tak to sobie wyobrażałem. To przecież cel mojego życia!.. Po co teraz będę… żył? Jaki w tym wszystkim jest cel?!
Umysł znów zaszedł mgłą. W uszach zaszumiało. Przymknął oczy i przypomniał sobie dzieciństwo.

– Tato co robisz?
– Medytuje.
– Co to znaczy? – Mężczyzna roześmiał się ciepło i uśmiechnął do synka. – Ciężko to opisać. Powiedzmy, że cieszę się chwilą obecną. Nie uciekam ani do wspomnień, ani do myślenia o przyszłości.
– To głupie. Lepiej coś robić i zdobywać. Wygrywanie jest fajne.
– Oczywiście, możesz coś robić i cieszyć się jednocześnie każdą chwilą, każdym krokiem w drodze do zamierzonego celu.
Eeee… To co teraz jest nie ważne, liczy się to co zdobędę!
Synu, życie to droga. Podążaj za marzeniami ale nie zgub chwili obecnej. Ciesz się drogą to ona jest najwyższym szczytem, ostatecznym celem samym w sobie…

Zimny powiew, mocno rozrzedzonego powietrza, otrzeźwił na powrót umysł. Ból głowy zaczął się nasilać. Myśli przewijały się w głowie szybko i natrętnie… Obrazy zaczęły atakować jeden po drugim. Wszystko zaczęło przyśpieszać. Był na górze sam. Nie było ucieczki przed konfrontacja z własną istotą. Nigdy jej nie ma. Zrozumienie tego czym jest nadchodziło nieubłaganie.
Powietrze zrobiło się ciężkie do oddychania, oddech stał się płytszy. Muszę zmienić butle z tlenem. Przemknęła przez umysł jedna z myśli. Natłok wzmagał się bez końca wraz z bólem głowy. Obraz zawirował, mięśnie pozwoliły niekontrolowanie upaść ciału, na lodowo-śnieżną pokrywę. Poczuł ból pod plecami.

Natłok myśli, ból, niedotlenienie, skrajne wyczerpanie… głęboki, granatowy kolor nieba i ciepłe promienie słońca na twarzy. Pół przytomny doświadczał w przyśpieszonym tempie całego swojego życia. Lokomotywa obrazów i wspomnień przyśpieszała. Zobaczył jak martwe było wszystko co robił. Całe życie goniłem za jakimiś zmyślnymi wyzwaniami. Całe życie byłem jak maszyna realizująca cele. Ciało zaczęło odpuszczać walkę o przetrwanie. Umysł jeszcze wciąż rozpędzony zaczął zwalniać powoli…

To nigdy nie miało sensu. Cóż za ironia, pewnie umrę tu gdzie wyznaczyłem sobie najważniejszy z celów… Zresztą, dlaczego miałbym bać się śmierci skoro nigdy prawdziwie nie żyłem… Ta myśl rozsadziła bólem istnienia zmarznięte serce. Łzy pociekły po policzkach zamarzając chwilę potem.
Czy była jakaś świadoma chwila w tym szaleństwie?
Jak na życzenie pojawiło się kilka obrazów. Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Ojciec cieszący się każdą chwilą zabawy ze swoim pierworodnym synem. Prawie o tym zapomniałem. Byłem za młody by wyznaczać sobie wtedy cele. To były piękne czasy. Po prostu byłem… cieszyłem się życiem. Tak po prostu…
Czuł, że świadomość zaczęła słabnąć. Słońce świeciło prosto w oczy, przyjemnie ogrzewając twarz.
Jestem… Po prostu jestem. To takie przyjemne…
Już się nie boję. Nie ma celów, nie istnieje porażka, nie istnieje strach.
Jestem…
W słabnącej świadomości, z prędkością promieni słońca padających na twarz, skrystalizowała się ostatnia myśl…
Chcę żyć… przez chwilę znów pozostał w ciszy…
Chcę żyć! Myśl powróciła ze zdwojoną mocą. Umysł pobudzony jej siłą ruszył. Osiągnąłem w życiu tak wiele celów, które nie były warte wysiłku a teraz miałbym się poddać? Walcząc o utrzymanie przytomności, zerwał niezgrabnym ruchem ręki maskę aparatu tlenowego.
Chcę żyć!!! Zawołał w duszy najsilniej jak potrafił. Tak silnie, że z ust również wydobył się dźwięk, choć był to bardziej charkot niż krzyk. Serce lekko przyśpieszyło. Zdyscyplinowany umysł, tym razem bardziej świadomie, skupił się na ostatnim celu… Zmienię butle i zejdę z tej przeklętej góry…

 

3 tygodnie później

Witaj synu! – Gorący uścisk ojca z synem rozgrzał izbę. – Jak wspinaczka?
To już nie ma znaczenia. To przeszłość. – Michael roześmiał się. Ojciec lekko zaskoczony spojrzał na młodzieńca. Wyczuwał, że coś się zmieniło, nie przypuszczał jeszcze jak wiele.
Jakie masz kolejne plany? – Spytał po chwili obserwując bacznie syna.
Nie mam żadnych, przynajmniej na razie. Chcę po prostu cieszyć się życiem, chwilą obecną. – Zaskoczenie i radość ojca rosły z każdą chwilą. Młodzieniec wydawał się być dużo bardziej radosny niż zazwyczaj, przy czym była to radość czysto spontaniczna. Zarówno ojciec jak i syn przepełnieni byli wewnętrznym spokojem.
Naprawdę nie wyznaczyłeś sobie żadnego, nowego, wspaniałego celu? – Sformułował ponownie pytanie z lekkim niedowierzaniem. Michael uśmiechnął się ciepło i powoli odpowiedział.
Mam pomysł na jeden…
Na dziś wieczór zapowiadają bezchmurne niebo. Może obejrzymy zachód słońca razem?
Oczywiście, z przyjemnością… – Spojrzał w oczy syna. Tym razem były przepełnione świadomością i radością chwili. – Witaj w domu synu, witaj wśród żywych…

 

Mihael

 

.