psychedelic alan

Opór wobec zezwolenia na używanie środków psychodelicznych wywodzi się zarówno z religijnych, jak i ze świeckich wartości. Trudność w opisywaniu doświadczeń psychodelicznych w tradycyjnych terminach religijnych sugeruje pewną podstawę tego oporu.

Człowiek Zachodu musi pożyczyć takie słowa jak samadhi czy moksha z języka indyjskiego, bądź satori czy kensho z języka japońskiego, by opisać doświadczenie jedności z wszechświatem. Nie mamy odpowiednich słów, gdyż nasza własna żydowska i chrześcijańska teologia nie akceptuje idei, że najgłębsza jaźń człowieka może być identyczna z Bogiem, choć chrześcijanie mogą twierdzić, że to było prawdą, ale wyłącznie w przypadku Jezusa Chrystusa. Żydzi i chrześcijanie myślą o Bogu w terminach politycznych i monarchistycznych, jako o zarządcy wszechświata, ostatecznym szefie. Oczywiste, że jest społecznie nieakceptowane i logicznie niedorzeczne, gdy jednostka twierdzi, że ona, osobiście, jest wszechmocnym i wszechwiedzącym władcą świata, któremu należy się odpowiednie uznanie i cześć.

Taki imperialistyczny i królewski pogląd na ostateczną rzeczywistość nie jest jednak konieczny ani uniwersalny. Hindusi i Chińczycy nie mają trudności w pojmowaniu tożsamości jaźni i Boga. Dla większości Azjatów, poza muzułmanami, Bóg porusza się i manifestuje świat w taki sam sposób, jak stonoga porusza setką nóg – spontanicznie, bez namysłu czy kalkulacji. Innymi słowy, rozumieją wszechświat poprzez analogię z organizmem bardziej niż mechanizmem. Nie postrzegają go jako artefakt czy konstrukcję pod świadomymi wskazówkami jakiegoś najwyższego technika, inżyniera czy architekta.

Jednak gdy w kontekście chrześcijańskiej czy żydowskiej tradycji jednostka stwierdza, że czuje się jednością z Bogiem, to jest ona podwójnie bluźniercza (wywrotowa) lub obłąkana. Takie doświadczenie mistyczne jest jawnym zagrożeniem dla tradycyjnych pojęć religijnych. Tradycja judeochrześcijańska zawiera monarchistyczny obraz Boga, a monarchowie, którzy rządzą siłą, nie boją się niczego bardziej niż nieposłuszeństwa. Kościół zatem zawsze był podejrzliwy w stosunku do mistyków, gdyż wydawali się nieposłuszni, twierdząc równość lub, gorzej, tożsamość z Bogiem. Z tego powodu Jan Szkot Erigena i Mistrz Eckhart zostali potępieni jako heretycy. To dlatego kwakrzy spotkali się z oporem przeciwko ich doktrynie Wewnętrznego Światła oraz ich odmowie ściągania nakryć głowy w kościele i sądzie. Kilku okazjonalnych mistyków może być w porządku, o ile będą liczyć się ze słowami, jak Św. Teresa z Awilli i Św. Jan od Krzyża, którzy utrzymywali, powiedzmy, metafizyczny dystans szacunku pomiędzy sobą a ich niebiańskim Królem. Jednak nic nie mogłoby być bardziej alarmujące dla eklezjastycznej hierarchii niż powszechny wybuch mistycyzmu, co mogłoby złożyć się na ustanowienie demokracji w królestwie niebiańskim – i taki alarm wszczęliby w równym stopniu katolicy, żydzi jak i fundamentalni protestanci.

Monarchistyczny obraz Boga, ze swym podtekstem niesmaku wobec nieposłuszeństwa, ma bardziej przejmujący wpływ, niż wielu chrześcijan mogłoby przyznać. Trony królewskie mają ściany zaraz za sobą, a wszyscy, którzy zjawiają się przed nim, muszą leżeć plackiem lub klęczeć, gdyż jest to niewygodna pozycja do wyprowadzenia nagłego ataku. Prawdopodobnie nigdy nie przyszło na myśl chrześcijanom, że podczas projektowania kościoła na wzór dworu królewskiego (bazyliki) i ustanawiając rytuały kościelne, implikują, że Bóg, jak każdy monarcha, obawia się. Zawarte jest to również w schlebianiu w modlitwach:

„O, Panie nasz, Ojcze niebieski na wysokości, potężny Królu nad królami, Panie panów, jedyny Władco książąt, który ze Swego tronu spoglądasz na wszystkich mieszkańców ziemi: serdecznie błagamy ciebie, byś łaskawie spojrzał…”

Człowiek Zachodu, który oznajmia świadomość jedności z Bogiem czy wszechświatem, zderza się w ten sposób ze społecznym pojęciem religii. Jednak w większości kultur azjatyckich takiemu człowiekowi pogratuluje się odkrycia prawdziwego sekretu życia. Dotarł on, przypadkiem lub poprzez naukę jogi czy zen, do stanu świadomości, w którym doświadcza bezpośrednio i żywo tego, co nasi właśni naukowcy uznają za prawdę w teorii. Gdyż ekolog, biolog i fizyk wiedzą (lecz czasem i czują), że każdy organizm stanowi pojedyncze pole zachowania albo proces ze swym środowiskiem. Nie ma sposobu na oddzielenie tego, co jakikolwiek organizm robi, od tego, co jego środowisko robi, z tego też powodu ekolodzy nie mówią o organizmach w środowisku, lecz o organizmo-środowiskach. Stąd też słowa „ja” i „jaźń” powinny właściwie znaczyć to, co czyni cały wszechświat w tym szczególnym „tu i teraz” zwanym Janem Kowalskim.

Królewskie pojęcie Boga czyni tożsamość jaźni i Boga lub jaźni i wszechświata niepojętymi w religijnych terminach Zachodu. Różnica pomiędzy wschodnimi a zachodnimi pojęciami człowieka i jego świata rozciąga się jednak poza ściśle religijne terminy. Zachodni naukowiec może racjonalnie pojąć ideę organizmo-środowiska, lecz zwyczajnie nie czuje on tego, że to prawda. Poprzez kulturowe i społeczne warunkowanie został on zahipnotyzowany, by doświadczać siebie jako ego – wyizolowanego centrum świadomości i woli wewnątrz worka ze skóry, stawiającego czoła zewnętrznemu i obcemu światu. Mówimy: „Przyszedłem na ten świat”. Lecz nie zrobiliśmy nic podobnego. Wyrośliśmy z niego w dokładnie ten sam sposób, w jaki owoc wyrasta z drzewa. Nasza galaktyka, nasz kosmos zaludnia się w taki sam sposób, w jaki jabłoń rodzi jabłka.

Taka wizja świata zderza się z ideą monarchistycznego Boga, z pojęciem oddzielnego ego, a nawet ze świecką, ateistyczno-agnostyczną mentalnością, która wyprowadza swój zdrowy rozsądek z mitologii dziewiętnastowiecznych naukowców. Zgodnie z tym poglądem wszechświat jest bezmyślnym mechanizmem, a człowiek rodzajem przypadkowego mikroorganizmu nawiedzającego drobną, kulistą skałę, która obraca się wokół nieważnej gwiazdy na obrzeżu jednej z mniejszych galaktyk. Ta „umniejszająca” teoria człowieka jest niesłychanie powszechna wśród pseudo-naukowców, takich jak socjologowie, psychologowie i psychiatrzy, których większość wciąż myśli o świecie w kategoriach mechaniki newtonowskiej, i którzy nigdy nie pojęli idei Einsteina i Bohra, Oppenheimera i Shrodingera. Zatem gdy zwykłemu, zinstytucjonalizowanemu psychiatrze jakikolwiek pacjent zrobi choćby najmniejszą aluzję do mistycznego czy religijnego przeżycia, to automatycznie zostanie zdiagnozowany jako obłąkany. Z punktu widzenia mechanistycznej religii jest on heretykiem, więc zostają mu zaaplikowane elektrowstrząsy jako nowoczesna forma łamacza palców i koła. I przypadkowo to tylko ten rodzaj pseudo-naukowca, jako konsultant rządu i agencji wprowadzających prawa, dyktuje oficjalną politykę odnośnie używania środków psychodelicznych.

Niezdolność do akceptacji doświadczenia mistycznego jest czymś więcej niż tylko intelektualną przeszkodą. Brak świadomości podstawowej jedności organizmu i środowiska jest poważną i niebezpieczną halucynacją. Gdyż w cywilizacji wyposażonej w ogromną moc technologiczną poczucie wyobcowania pomiędzy człowiekiem a naturą prowadzi do użycia technologii w duchu wrogości – do „podboju” natury zamiast inteligentnej współpracy z nią. W rezultacie niszczymy nasze środowisko, Los Angelizujemy świat, zamiast go cywilizować. Jest to główna groźba wisząca nad głową Zachodu, jego kultury technologicznej, i żadne przemawianie do rozsądku czy ponure kazania nie wydają się pomagać. Po prostu nie odpowiadamy na prorocze i moralizatorskie techniki argumentacji, na których żydzi i chrześcijanie zawsze polegali. Lecz ludzie mają niejasne poczucie tego, co jest dla nich dobre – nazwijcie to „nieświadomym samoleczeniem”, „instynktem przeżycia”, „pozytywnym potencjałem wzrostu” czy jak jeszcze chcecie. Wśród wykształconych młodych jest zatem zdumiewające i bezprecedensowe zainteresowanie transformacją ludzkiej świadomości. Na całym zachodnim świecie wydawcy sprzedają miliony książek dotyczących jogi, wedanty, buddyzmu zen i chemicznego mistycyzmu środków psychodelicznych, i doszedłem do wniosku, że cała subkultura hippisów, choć sprowadzona na manowce w niektórych swych przejawach, jest szczerym i odpowiedzialnym wysiłkiem młodych ludzi w kierunku skorygowania autodestrukcyjnego biegu cywilizacji przemysłowej.

Treść przeżycia mistycznego jest zatem niespójna z religijnymi i świeckimi pojęciami tradycyjnej zachodniej myśli. Ponadto, przeżycia te dają często w rezultacie postawy, które zagrażają autorytetowi nie tylko ustanowionych kościołów, lecz również świeckiego społeczeństwa. Nie obawiający się śmierci i bez światowych ambicji ci, którzy mieli doświadczenia mistyczne, są głusi na groźby i obietnice. Co więcej, ich poczucie względności dobra i zła wzbudza podejrzenie, że nie mają oni ani sumienia, ani szacunku dla prawa. Użycie psychodelików w Stanach Zjednoczonych przez piśmienną klasę burżuazyjną znaczy, że ważny segment populacji jest obojętny na tradycyjne nagrody i sankcje społeczeństwa.

W teorii, istnienie wewnątrz naszego świeckiego społeczeństwa grupy, która nie akceptuje konwencjonalnych wartości, jest spójne z naszą polityczną wizją. Lecz jednym z wielkich problemów Stanów Zjednoczonych, prawnie i politycznie, jest to, że nigdy nie mieliśmy dość odwagi do własnych poglądów. Republika jest założona na cudownie zdrowej zasadzie, że społeczność ludzka może istnieć i prosperować tylko na podstawie wzajemnego zaufania. Metafizycznie, amerykańska rewolucja była odrzuceniem dogmatu grzechu pierworodnego, który jest poglądem, że skoro nie możesz ufać sobie ani innym ludziom, to musi być jakiś Wyższy Autorytet, by utrzymać nas w porządku. Dogmat ten został odrzucony, ponieważ jeśli prawdą jest, że nie możemy ufać sobie i innym, to wynika z tego, że nie możemy ufać Wyższemu Autorytetowi, którego sami sobie wyobrażamy i słuchamy, oraz że sama idea naszej niegodności zaufania jest niegodna zaufania!

Obywatele Stanów Zjednoczonych wierzą, lub powinni wierzyć, że republika jest najlepszą formą rządów. Jednak powstaje ogromny zamęt z prób bycia republikaninem w polityce i monarchistą w religii. Jak republika może być najlepszą formą rządów, skoro wszechświat, niebo i piekło są monarchią? Stąd, pomimo teorii jednomyślnego rządu opartego na wzajemnym zaufaniu, ludzie w Stanach Zjednoczonych podtrzymują, na mocy autorytatywnego tła ich religii i początków narodu, całkowicie naiwną wiarę w prawo jako pewien rodzaj nadprzyrodzonej i ojcowskiej mocy. „Powinno być prawo zabraniające tego!” Nasi urzędnicy wprowadzający prawa są zatem zmieszani, zahamowani i zbici z tropu – nie wspominając o tym, że są skorumpowani – gdy są proszeni o wprowadzenie drogich praw, często eklezjastycznego pochodzenia, których ogromna większość ludzi nie zamierza słuchać, i które, w każdym bądź razie, są ogromnie trudne lub nawet niemożliwe do wprowadzenia – na przykład wykluczenie czegoś tak trudno wykrywalnego jak LSD-25 z międzynarodowego i międzystanowego handlu.

W końcu są dwa szczególne powody przeciwko użyciu środków psychodelicznych. Po pierwsze, ich użycie może być niebezpieczne. Jednakże każde warte zachodu badanie jest niebezpieczne – wspinaczka górska, testowanie odrzutowca, lot rakietą w kosmos, skoki ze spadochronem czy kolekcjonowanie botanicznych gatunków w dżunglach. Lecz jeśli cenisz wiedzę i faktyczną radość eksploracji bardziej niż zwykłe trwanie nieszczególnego życia, to chcesz zaryzykować. Naprawdę nie jest zdrowa dla mnichów praktyka poszczenia, oraz niezbyt higieniczne było dla Jezusa dać się ukrzyżować, lecz to jest właśnie ryzyko, które pociągają za sobą duchowe przygody. Dziś żądni przygód młodzi podejmują ryzyko badania swej psychiki, testując swe charaktery w praktyce tak, jak w przeszłości sprawdzali je – brutalniej – w polowaniu, pojedynkach, wyścigach samochodowych i grze w piłkę nożną. Potrzebują oni nie zakazów i policjantów, lecz jak najinteligentniejszej zachęty i rady, jaka jest możliwa.

Po drugie, zażywanie narkotyków może być krytykowane jako ucieczka od rzeczywistości. Jednakże taka krytyka zakłada niesprawiedliwie, że doświadczenia mistyczne są same w sobie ucieczką i czymś nierealnym. LSD, w szczególności, nie jest w żaden sposób miękką ucieczką od rzeczywistości. Może łatwo stać się doświadczeniem, w którym musisz postawić swoją duszę przeciwko wszystkim diabłom piekielnym. Dla mnie było to czasem przeżycie, w którym byłem kompletnie zagubiony w korytarzach umysłu, jednocześnie odnosząc to zagubienie do ścisłego porządku logiki i języka, coś symultanicznie obłąkanego i normalnego. Lecz poza tymi okazjonalnymi epizodami zagubienia i obłędu istnieją doświadczenia świata jako systemu totalnej harmonii i wspaniałości, a nauka odnoszenia ich do porządku logiki i języka może jakoś tłumaczyć jak to, co William Blake nazwał „energią, która jest wieczną radością” może składać się na nędzę i cierpienie codziennego życia.

Niewątpliwie mistyczne i religijne intencje większości zażywających psychodeliki, nawet jeśli niektóre z nich są szkodliwe dla fizycznego zdrowia, wymagają, by ich wolne i odpowiedzialne użycie było zwolnione od prawnych ograniczeń w jakiejkolwiek republice, która utrzymuje konstytucyjne oddzielenie kościoła i stanu. Do stopnia w jakim przeżycie mistyczne zgadza się z tradycją szczerej religijnej troski, i do stopnia, w którym psychodeliki wywołują to przeżycie, zażywający je powinni mieć zapewnioną pewną konstytucyjną ochronę. Także do stopnia, w którym psychologia religii może skorzystać z takich narkotyków, badacze ludzkiego umysłu muszą mieć wolność do ich używania. Podług obecnych przepisów, ja, jako doświadczony badacz psychologii religii, nie mogę już kontynuować badań na tym polu. Jest to barbarzyńskie ograniczenie duchowej i intelektualnej wolności, sugerujące, że prawny system Stanów Zjednoczonych jest, mimo wszystko, w tajnym przymierzu z monarchistyczną teorią wszechświata, i będzie zatem zabraniał i prześladował religijne idee i praktyki bazujące na organicznej i zjednoczonej wizji wszechświata.

Alan Watts

Alan Wilson Watts (ur. 6 stycznia 1915, zm. 16 listopada 1973) – brytyjski filozof, pisarz, mówca. Znany ze swych badań porównawczych religii, tłumacz i popularyzator filozofii Wschodu na Zachodzie.