YourKatharsis

Doświadczenia Psychodeliczne

Category: Bez kategorii

Psychodeliki uwolnią Cię od lęków

 

 

LSD może złagodzić niepokój związany z umieraniem.

Wyniki pierwszego badania klinicznego w stosowaniu przez ponad 40 lat terapeutycznego LSD (dietyloamid kwasu lizergowego) zostały opublikowane marcowym wydaniu czasopisma medycznego „Journal of Nervous and Mental Disease”. Testy wykazały, że LSD może znacznie zmniejszyć niepokój wśród osób, których życie wkrótce dobiegnie końca i pomaga im pogodzić się z tym faktem.

Szwajcarski psychiatra Peter Gasser wraz z ekipą przeprowadzili podwójnie ślepą próbę, kontrolowaną przez placebo. Badacze zostali zasponsorowani przez organizację non-profit Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies (MAPS), dzięki czemu mogli prześledzić zachowania 12 osób u schyłku życia i zaoferować im sesje psychoterapeutyczne wspomagane LSD. W swoim raporcie Gasser podsumował, że u podmiotów badań lęk i niepokój zmniejszył się i taki pozostał.

Badania pokazują, że psychodeliki mają ogromny potencjał jako leki mogące pomóc zaakceptować śmierć i ułatwić proces umierania.

Ostatnie słowa Aldousa Huxleya – cenionego pisarza i filozofa brzmiały „100 mikrogramów LSD, i.m.” [i.m.– domięśniowo – red.]. Żona Huxleya, Laura, postąpiła zgodnie z jego życzeniem i autor Nowego Wspaniałego Świata, z magicznymi cząsteczkami doktora Alberta Hofmanna w swoich synapsach, przestąpił próg życia i śmierci – udał się w stronę Białego Światła.

Inspiracją do ostatniej podróży byli dla Huxleya pionierzy naukowych rozważań nad LSD, prowadzący swoje badania z terminalnie chorymi ludźmi. Jednakże związek pomiędzy doświadczeniem psychodelicznym, a doświadczeniem umierania, śmierci i powtórnych narodzin jest niemal tak stary, jak ludzkość.

Jedne z najbardziej cennych i obiecujących badań, jakie zostały przeprowadzone na polu psychiatrii i neurologii z użyciem narkotyków psychodelicznych, to badania w dziedzinie pomocy śmiertelnie chorym. Przykładem są badania czeskiego psychiatry – Stanislava Grofa i jego kolegów ze Spring Grove State Hospital w Baltimore nad terminalnie chorymi, dostarczające nam przekonujących dowodów na to, że doświadczenie psychodeliczne może być bardzo korzystne dla ludzi w końcowych etapach ich życia.

Pracując w latach 1967-1972 z nieuleczalnie chorymi na raka pokazali oni światu, że terapia LSD połączona z psychoterapią może złagodzić objawy depresji, napięcia, niepokoju, uregulować rozstrojony sen, usunąć u chorego uczucie odsunięcia się od świata, a nawet uśmierzyć ból odporny nawet na ciężkie leki opioidowe. Niebagatelne znacznie ma również fakt, że LSD poprawia komunikację pomiędzy chorymi, a ich bliskimi.

Biorąc pod uwagę fakt, że strach przed śmiercią i umieraniem jest najbardziej powszechnym ze wszystkich ludzkich doświadczeń, że śmierć bliskich powoduje więcej cierpienia, niż cokolwiek innego, oraz, że śmierć wydaje się być nieuniknioną, naturalną koniecznością, może być dobrym pomysłem zwrócenie uwagi na to, czego naukowcy dowiedzieli się o tym, jak psychodeliki mogą pomóc nam ułatwić proces umierania.

Tybetańska Księga Umarłych – religijny podręcznik o tym, jak poruszać się w przestrzeni poza ciałem, czytany umierającym buddyjskim mnichom, również znany jest ze swojego niesamowitego związku z doświadczeniem psychodelicznym. W istocie, pierwszy podręcznik podróży z użyciem LSD –Doświadczenie psychodeliczne – oparty jest na interpretacji Tybetańskiej Księgi Umarłych dokonanej przez psychologów: Timothy’ego Leary’ego, Richarda Alperta (Ram Dass) i Ralpha Metznera.

Wielu ludzi wierzy, że doświadczenie psychodeliczne nie tylko daje nam wgląd w to, co dzieje się tuż po śmierci, ale także faktycznie do pewnego stopnia modeluje lub symuluje życie po śmierci.

Badania psychiatry, Ricka Strassmana, przeprowadzone na Uniwersytecie Nowego Meksyku z użyciem potężnego narkotyku psychodelicznego – DMT (występującego również naturalnie w ludzkim mózgu), oraz prace lekarza Karla Jansena z dysocjacyjnym psychodelikiem – ketaminą, mogą przedstawiać dowody na pewnego rodzaju biochemiczne i psychologiczne zmiany zachodzące w ludzkim mózgu w momencie śmierci.

Narkotyki te mogą symulować pewne ważne cechy doświadczenia bliskiego śmierci. Kiedy zapytałem Ricka Strassmana, jakie jest jego zdanie na temat związku DMT z doświadczeniem śmierci, odpowiedział: – Sądzę, że poziom DMT podczas śmierci wzrasta w związku ze stresem spowodowanym umieraniem i pośredniczy w występowaniu niektórych psychodelicznych aspektów tego stanu.

Kiedy jeden z późniejszych badaczy LSD, Timothy Leary, dowiedział się, że umiera na raka, stwierdził, że „jest podekscytowany i pozytywnie wstrząśnięty faktem, że rozpoczął obcowanie z największą tajemnicą ludzkiego życia”. Leary spędził ostatni rok swojego życia na świętowaniu jego doświadczaniu w doskonałym humorze, mimo swojej śmiertelnej choroby.

Jednakże, pomijając nawet ukrytą w nas tajemniczą, metafizyczną prawdę dotyczącą ostatecznego źródła świadomości, sam proces umierania wydaje się być złagodzony doświadczeniem psychodelicznym. Tak więc wszyscy możemy być wdzięczni za to współczesnej medycynie i cieszyć się, że powróciła ona do tych obiecujących metod terapii. Obecnie prowadzone są badania mające ukazać, jak LSD i psylocybina (psychoaktywny alkaloid „magicznych grzybów”) mogą pomóc osobom w zaawansowanym stadium raka, czy śmiertelnie chorym.

 

 

Filozof Ram Dass, spytany, czy jest coś, czego psychodeliki mogą nas nauczyć na temat śmierci, odpowiada: – Tak, bez wątpienia. Przypomina mi się jeden cytat z pracy Erika Katsa pracującego w latach sześćdziesiątych na Uniwersytecie Chicago. Pochodzi on od umierającej na raka pielęgniarki, która zażyła LSD: Wiem, że umieram na tę śmiertelną chorobę, ale spójrz na piękno Wszechświata.„.

 

Powszechnie uważa się, że psychodeliki dodają coś od siebie żeby wywołać określone stany – zwiększają aktywność, dorzucają halucynacje, poszerzają świadomość itp. Natomiast naukowcy zbadali ludzi pod wpływem psylocybiny i okazało się, że ten związek chemiczny zmniejsza aktywność w niektórych obszarach mózgu. Zredukowanie aktywności prowadzi do wpływu narkotyku na procesy poznawcze i pamięć. Psychodeliki, a w szczególności psylocybina, są swoistym reduktorem „szumu” ludzkiego umysłu.

Zanim zostało zdelegalizowane, terapeuci eksperymentowali z MDMA już od lat siedemdziesiątych minionego wieku, gdy starali się zwalczyć umiarkowaną depresję i niepokój wśród ich dorosłych pacjentów. Imprezy rave rozpowszechniły MDMA i zwróciły tym samym uwagę władz, przez co w 1985 roku środek został zakazany w Stanach Zjednoczonych. Jednakże badania wspomnianej wcześniej MAPS były kontynuowane i wykazały pozytywne efekty dla potencjonalnego zastosowania MDMA jako leku terapeutycznego. Różne badania statystyczne i kliniczne potwierdziły skuteczność narkotyku w leczeniu stresu pourazowego m. in. u weteranów wojskowych. Jednym z przykładów jest badanie kliniczne przeprowadzone przez Michaela Mithoefera, który prowadził psychoterapię wspomaganą MDMA w leczeniu przewlekłego zespołu stresu urazowego. Studium z 2009 roku zaoferowało wiarygodne wytłumaczenie skuteczności MDMA w leczeniu stresu pourazowego. U 15 zdrowych osób MDMA wywołało uwolnienie oksytocyny – hormonu związanego z uczuciem miłości i współczucia. Organizacja MAPS otrzymała niedawno zgodę rządu na badanie potencjału MDMA w leczeniu lęku społecznego wśród dorosłych z autyzmem.

Opór wobec środków psychodelicznych

 

Opór wobec zezwolenia na używanie środków psychodelicznych wywodzi się zarówno z religijnych, jak i ze świeckich wartości. Trudność w opisywaniu doświadczeń psychodelicznych w tradycyjnych terminach religijnych sugeruje pewną podstawę tego oporu. Człowiek Zachodu musi pożyczyć takie słowa jak samadhi czy moksha z języka indyjskiego, bądź satori czy kensho z języka japońskiego, by opisać doświadczenie jedności z wszechświatem. Nie mamy odpowiednich słów, gdyż nasza własna żydowska i chrześcijańska teologia nie akceptuje idei, że najgłębsza jaźń człowieka może być identyczna z Bogiem, choć chrześcijanie mogą twierdzić, że to było prawdą, ale wyłącznie w przypadku Jezusa Chrystusa. Żydzi i chrześcijanie myślą o Bogu w terminach politycznych i monarchistycznych, jako o zarządcy wszechświata, ostatecznym szefie. Oczywiste, że jest społecznie nieakceptowane i logicznie niedorzeczne, gdy jednostka twierdzi, że ona, osobiście, jest wszechmocnym i wszechwiedzącym władcą świata, któremu należy się odpowiednie uznanie i cześć.

Taki imperialistyczny i królewski pogląd na ostateczną rzeczywistość nie jest jednak konieczny ani uniwersalny. Hindusi i Chińczycy nie mają trudności w pojmowaniu tożsamości jaźni i Boga. Dla większości Azjatów, poza muzułmanami, Bóg porusza się i manifestuje świat w taki sam sposób, jak stonoga porusza setką nóg – spontanicznie, bez namysłu czy kalkulacji. Innymi słowy, rozumieją wszechświat poprzez analogię z organizmem bardziej niż mechanizmem. Nie postrzegają go jako artefakt czy konstrukcję pod świadomymi wskazówkami jakiegoś najwyższego technika, inżyniera czy architekta.

Jednak gdy w kontekście chrześcijańskiej czy żydowskiej tradycji jednostka stwierdza, że czuje się jednością z Bogiem, to jest ona podwójnie bluźniercza (wywrotowa) lub obłąkana. Takie doświadczenie mistyczne jest jawnym zagrożeniem dla tradycyjnych pojęć religijnych. Tradycja judeochrześcijańska zawiera monarchistyczny obraz Boga, a monarchowie, którzy rządzą siłą, nie boją się niczego bardziej niż nieposłuszeństwa. Kościół zatem zawsze był podejrzliwy w stosunku do mistyków, gdyż wydawali się nieposłuszni, twierdząc równość lub, gorzej, tożsamość z Bogiem. Z tego powodu Jan Szkot Erigena i Mistrz Eckhart zostali potępieni jako heretycy. To dlatego kwakrzy spotkali się z oporem przeciwko ich doktrynie Wewnętrznego Światła oraz ich odmowie ściągania nakryć głowy w kościele i sądzie. Kilku okazjonalnych mistyków może być w porządku, o ile będą liczyć się ze słowami, jak Św. Teresa z Awilli i Św. Jan od Krzyża, którzy utrzymywali, powiedzmy, metafizyczny dystans szacunku pomiędzy sobą a ich niebiańskim Królem. Jednak nic nie mogłoby być bardziej alarmujące dla eklezjastycznej hierarchii niż powszechny wybuch mistycyzmu, co mogłoby złożyć się na ustanowienie demokracji w królestwie niebiańskim – i taki alarm wszczęliby w równym stopniu katolicy, żydzi jak i fundamentalni protestanci.

Monarchistyczny obraz Boga, ze swym podtekstem niesmaku wobec nieposłuszeństwa, ma bardziej przejmujący wpływ, niż wielu chrześcijan mogłoby przyznać. Trony królewskie mają ściany zaraz za sobą, a wszyscy, którzy zjawiają się przed nim, muszą leżeć plackiem lub klęczeć, gdyż jest to niewygodna pozycja do wyprowadzenia nagłego ataku. Prawdopodobnie nigdy nie przyszło na myśl chrześcijanom, że podczas projektowania kościoła na wzór dworu królewskiego (bazyliki) i ustanawiając rytuały kościelne, implikują, że Bóg, jak każdy monarcha, obawia się. Zawarte jest to również w schlebianiu w modlitwach:

„O, Panie nasz, Ojcze niebieski na wysokości, potężny Królu nad królami, Panie panów, jedyny Władco książąt, który ze Swego tronu spoglądasz na wszystkich mieszkańców ziemi: serdecznie błagamy ciebie, byś łaskawie spojrzał…”

Człowiek Zachodu, który oznajmia świadomość jedności z Bogiem czy wszechświatem, zderza się w ten sposób ze społecznym pojęciem religii. Jednak w większości kultur azjatyckich takiemu człowiekowi pogratuluje się odkrycia prawdziwego sekretu życia. Dotarł on, przypadkiem lub poprzez naukę jogi czy zen, do stanu świadomości, w którym doświadcza bezpośrednio i żywo tego, co nasi właśni naukowcy uznają za prawdę w teorii. Gdyż ekolog, biolog i fizyk wiedzą (lecz czasem i czują), że każdy organizm stanowi pojedyncze pole zachowania albo proces ze swym środowiskiem. Nie ma sposobu na oddzielenie tego, co jakikolwiek organizm robi, od tego, co jego środowisko robi, z tego też powodu ekolodzy nie mówią o organizmach w środowisku, lecz o organizmo-środowiskach. Stąd też słowa „ja” i „jaźń” powinny właściwie znaczyć to, co czyni cały wszechświat w tym szczególnym „tu i teraz” zwanym Janem Kowalskim.

Królewskie pojęcie Boga czyni tożsamość jaźni i Boga lub jaźni i wszechświata niepojętymi w religijnych terminach Zachodu. Różnica pomiędzy wschodnimi a zachodnimi pojęciami człowieka i jego świata rozciąga się jednak poza ściśle religijne terminy. Zachodni naukowiec może racjonalnie pojąć ideę organizmo-środowiska, lecz zwyczajnie nie czuje on tego, że to prawda. Poprzez kulturowe i społeczne warunkowanie został on zahipnotyzowany, by doświadczać siebie jako ego – wyizolowanego centrum świadomości i woli wewnątrz worka ze skóry, stawiającego czoła zewnętrznemu i obcemu światu. Mówimy: „Przyszedłem na ten świat”. Lecz nie zrobiliśmy nic podobnego. Wyrośliśmy z niego w dokładnie ten sam sposób, w jaki owoc wyrasta z drzewa. Nasza galaktyka, nasz kosmos zaludnia się w taki sam sposób, w jaki jabłoń rodzi jabłka.

Taka wizja świata zderza się z ideą monarchistycznego Boga, z pojęciem oddzielnego ego, a nawet ze świecką, ateistyczno-agnostyczną mentalnością, która wyprowadza swój zdrowy rozsądek z mitologii dziewiętnastowiecznych naukowców. Zgodnie z tym poglądem wszechświat jest bezmyślnym mechanizmem, a człowiek rodzajem przypadkowego mikroorganizmu nawiedzającego drobną, kulistą skałę, która obraca się wokół nieważnej gwiazdy na obrzeżu jednej z mniejszych galaktyk. Ta „umniejszająca” teoria człowieka jest niesłychanie powszechna wśród pseudo-naukowców, takich jak socjologowie, psychologowie i psychiatrzy, których większość wciąż myśli o świecie w kategoriach mechaniki newtonowskiej, i którzy nigdy nie pojęli idei Einsteina i Bohra, Oppenheimera i Shrodingera. Zatem gdy zwykłemu, zinstytucjonalizowanemu psychiatrze jakikolwiek pacjent zrobi choćby najmniejszą aluzję do mistycznego czy religijnego przeżycia, to automatycznie zostanie zdiagnozowany jako obłąkany. Z punktu widzenia mechanistycznej religii jest on heretykiem, więc zostają mu zaaplikowane elektrowstrząsy jako nowoczesna forma łamacza palców i koła. I przypadkowo to tylko ten rodzaj pseudo-naukowca, jako konsultant rządu i agencji wprowadzających prawa, dyktuje oficjalną politykę odnośnie używania środków psychodelicznych.

Niezdolność do akceptacji doświadczenia mistycznego jest czymś więcej niż tylko intelektualną przeszkodą. Brak świadomości podstawowej jedności organizmu i środowiska jest poważną i niebezpieczną halucynacją. Gdyż w cywilizacji wyposażonej w ogromną moc technologiczną poczucie wyobcowania pomiędzy człowiekiem a naturą prowadzi do użycia technologii w duchu wrogości – do „podboju” natury zamiast inteligentnej współpracy z nią. W rezultacie niszczymy nasze środowisko, Los Angelizujemy świat, zamiast go cywilizować. Jest to główna groźba wisząca nad głową Zachodu, jego kultury technologicznej, i żadne przemawianie do rozsądku czy ponure kazania nie wydają się pomagać. Po prostu nie odpowiadamy na prorocze i moralizatorskie techniki argumentacji, na których żydzi i chrześcijanie zawsze polegali. Lecz ludzie mają niejasne poczucie tego, co jest dla nich dobre – nazwijcie to „nieświadomym samoleczeniem”, „instynktem przeżycia”, „pozytywnym potencjałem wzrostu” czy jak jeszcze chcecie. Wśród wykształconych młodych jest zatem zdumiewające i bezprecedensowe zainteresowanie transformacją ludzkiej świadomości. Na całym zachodnim świecie wydawcy sprzedają miliony książek dotyczących jogi, wedanty, buddyzmu zen i chemicznego mistycyzmu środków psychodelicznych, i doszedłem do wniosku, że cała subkultura hippisów, choć sprowadzona na manowce w niektórych swych przejawach, jest szczerym i odpowiedzialnym wysiłkiem młodych ludzi w kierunku skorygowania autodestrukcyjnego biegu cywilizacji przemysłowej.

Treść przeżycia mistycznego jest zatem niespójna z religijnymi i świeckimi pojęciami tradycyjnej zachodniej myśli. Ponadto, przeżycia te dają często w rezultacie postawy, które zagrażają autorytetowi nie tylko ustanowionych kościołów, lecz również świeckiego społeczeństwa. Nie obawiający się śmierci i bez światowych ambicji ci, którzy mieli doświadczenia mistyczne, są głusi na groźby i obietnice. Co więcej, ich poczucie względności dobra i zła wzbudza podejrzenie, że nie mają oni ani sumienia, ani szacunku dla prawa. Użycie psychodelików w Stanach Zjednoczonych przez piśmienną klasę burżuazyjną znaczy, że ważny segment populacji jest obojętny na tradycyjne nagrody i sankcje społeczeństwa.

W teorii, istnienie wewnątrz naszego świeckiego społeczeństwa grupy, która nie akceptuje konwencjonalnych wartości, jest spójne z naszą polityczną wizją. Lecz jednym z wielkich problemów Stanów Zjednoczonych, prawnie i politycznie, jest to, że nigdy nie mieliśmy dość odwagi do własnych poglądów. Republika jest założona na cudownie zdrowej zasadzie, że społeczność ludzka może istnieć i prosperować tylko na podstawie wzajemnego zaufania. Metafizycznie, amerykańska rewolucja była odrzuceniem dogmatu grzechu pierworodnego, który jest poglądem, że skoro nie możesz ufać sobie ani innym ludziom, to musi być jakiś Wyższy Autorytet, by utrzymać nas w porządku. Dogmat ten został odrzucony, ponieważ jeśli prawdą jest, że nie możemy ufać sobie i innym, to wynika z tego, że nie możemy ufać Wyższemu Autorytetowi, którego sami sobie wyobrażamy i słuchamy, oraz że sama idea naszej niegodności zaufania jest niegodna zaufania!

Obywatele Stanów Zjednoczonych wierzą, lub powinni wierzyć, że republika jest najlepszą formą rządów. Jednak powstaje ogromny zamęt z prób bycia republikaninem w polityce i monarchistą w religii. Jak republika może być najlepszą formą rządów, skoro wszechświat, niebo i piekło są monarchią? Stąd, pomimo teorii jednomyślnego rządu opartego na wzajemnym zaufaniu, ludzie w Stanach Zjednoczonych podtrzymują, na mocy autorytatywnego tła ich religii i początków narodu, całkowicie naiwną wiarę w prawo jako pewien rodzaj nadprzyrodzonej i ojcowskiej mocy. „Powinno być prawo zabraniające tego!” Nasi urzędnicy wprowadzający prawa są zatem zmieszani, zahamowani i zbici z tropu – nie wspominając o tym, że są skorumpowani – gdy są proszeni o wprowadzenie drogich praw, często eklezjastycznego pochodzenia, których ogromna większość ludzi nie zamierza słuchać, i które, w każdym bądź razie, są ogromnie trudne lub nawet niemożliwe do wprowadzenia – na przykład wykluczenie czegoś tak trudno wykrywalnego jak LSD-25 z międzynarodowego i międzystanowego handlu.

W końcu są dwa szczególne powody przeciwko użyciu środków psychodelicznych. Po pierwsze, ich użycie może być niebezpieczne. Jednakże każde warte zachodu badanie jest niebezpieczne – wspinaczka górska, testowanie odrzutowca, lot rakietą w kosmos, skoki ze spadochronem czy kolekcjonowanie botanicznych gatunków w dżunglach. Lecz jeśli cenisz wiedzę i faktyczną radość eksploracji bardziej niż zwykłe trwanie nieszczególnego życia, to chcesz zaryzykować. Naprawdę nie jest zdrowa dla mnichów praktyka poszczenia, oraz niezbyt higieniczne było dla Jezusa dać się ukrzyżować, lecz to jest właśnie ryzyko, które pociągają za sobą duchowe przygody. Dziś żądni przygód młodzi podejmują ryzyko badania swej psychiki, testując swe charaktery w praktyce tak, jak w przeszłości sprawdzali je – brutalniej – w polowaniu, pojedynkach, wyścigach samochodowych i grze w piłkę nożną. Potrzebują oni nie zakazów i policjantów, lecz jak najinteligentniejszej zachęty i rady, jaka jest możliwa.

Po drugie, zażywanie narkotyków może być krytykowane jako ucieczka od rzeczywistości. Jednakże taka krytyka zakłada niesprawiedliwie, że doświadczenia mistyczne są same w sobie ucieczką i czymś nierealnym. LSD, w szczególności, nie jest w żaden sposób miękką ucieczką od rzeczywistości. Może łatwo stać się doświadczeniem, w którym musisz postawić swoją duszę przeciwko wszystkim diabłom piekielnym. Dla mnie było to czasem przeżycie, w którym byłem kompletnie zagubiony w korytarzach umysłu, jednocześnie odnosząc to zagubienie do ścisłego porządku logiki i języka, coś symultanicznie obłąkanego i normalnego. Lecz poza tymi okazjonalnymi epizodami zagubienia i obłędu istnieją doświadczenia świata jako systemu totalnej harmonii i wspaniałości, a nauka odnoszenia ich do porządku logiki i języka może jakoś tłumaczyć jak to, co William Blake nazwał „energią, która jest wieczną radością” może składać się na nędzę i cierpienie codziennego życia.

Niewątpliwie mistyczne i religijne intencje większości zażywających psychodeliki, nawet jeśli niektóre z nich są szkodliwe dla fizycznego zdrowia, wymagają, by ich wolne i odpowiedzialne użycie było zwolnione od prawnych ograniczeń w jakiejkolwiek republice, która utrzymuje konstytucyjne oddzielenie kościoła i stanu. Do stopnia w jakim przeżycie mistyczne zgadza się z tradycją szczerej religijnej troski, i do stopnia, w którym psychodeliki wywołują to przeżycie, zażywający je powinni mieć zapewnioną pewną konstytucyjną ochronę. Także do stopnia, w którym psychologia religii może skorzystać z takich narkotyków, badacze ludzkiego umysłu muszą mieć wolność do ich używania. Podług obecnych przepisów, ja, jako doświadczony badacz psychologii religii, nie mogę już kontynuować badań na tym polu. Jest to barbarzyńskie ograniczenie duchowej i intelektualnej wolności, sugerujące, że prawny system Stanów Zjednoczonych jest, mimo wszystko, w tajnym przymierzu z monarchistyczną teorią wszechświata, i będzie zatem zabraniał i prześladował religijne idee i praktyki bazujące na organicznej i zjednoczonej wizji wszechświata.

Alan Watts

 

.

Psychodeliki i doświadczenie religijne

Doświadczenia wywołane użyciem środków psychodelicznych często opisywane są w terminach religijnych. Są zatem obiektem zainteresowania ludzi takich jak ja, którzy, w tradycji Williama Jamesa, mają do czynienia z psychologią religii. Przez z górą trzydzieści lat studiowałem przyczyny, skutki i warunki tych dziwnych stanów świadomości, w których jednostka odkrywa swą jedność z Bogiem, z Wszechświatem, z Podstawą Bytu, jakiejkolwiek nazwy by użyła, wskutek warunkowania społecznego czy osobistych preferencji, dla tej ostatecznej i wiecznej rzeczywistości. Nie mamy zadawalającej i określonej nazwy dla doświadczeń tego typu. Terminy „doświadczenie religijne”, „przeżycie mistyczne” czy „świadomość kosmiczna” są wszystkie zbyt mgliste i obszerne, by oznaczać ten szczególny stan świadomości, który, dla tych co go znają, jest tak realny i wszechogarniający, jak zakochanie się. Artykuł ten opisuje takie stany świadomości wywołane środkami psychodelicznymi, choć są one właściwie nie do odróżnienia od czystych doznań mistycznych. Następnie omówione tu zostaną racje przeciwko użyciu środków psychodelicznych, które pochodzą głównie z przeciwstawienia wartości mistycznych tradycyjnym religijnym i świeckim wartościom społeczeństwa zachodniego.

Doświadczenie psychodeliczne

Idea przeżyć mistycznych wywołanych użyciem narkotyków nie jest łatwo akceptowana w zachodnich społeczeństwach. Kultura Zachodu, historycznie, żywi szczególną fascynację dla wartości człowieka jako indywidualnego, samostanowiącego, odpowiedzialnego ego, kontrolującego siebie i swój świat mocą świadomego wysiłku i woli. Nic zatem nie mogłoby być bardziej odrażające dla tej kulturowej tradycji jak pojęcie duchowego czy psychologicznego wzrostu wskutek zażycia narkotyków. Osoba pod wpływem narkotyków ma z definicji przyćmioną świadomość, zniekształcony osąd i pozbawiona jest woli. Ale nie wszystkie psychotropowe (zmieniające świadomość) środki są narkotyzujące i usypiające, tak jak alkohol, opiaty i barbiturany. Skutki środków obecnie zwanych „psychodelicznymi” (ujawniającymi umysł) różnią się od tych alkoholowych, tak jak śmiech różni się od wściekłości czy rozkosz od depresji. Nie ma, tak naprawdę, analogii pomiędzy byciem na „haju” po LSD, a byciem pijanym po bourbonie. Racja, nikt nie powinien w żadnym z tych stanów prowadzić samochodu, lecz nie powinno się również prowadzić podczas czytania książki, grania na skrzypcach czy uprawiania miłości. Pewne twórcze zajęcia i stany umysłu wymagają koncentracji i poświęcenia, które są po prostu nieporównywalne do tych podczas prowadzenia super auta po autostradzie.

Jeśli chodzi o mnie, to mam doświadczenia z pięcioma z głównych psychodelików: LSD, meskaliną, psylocybiną, dimetylotryptaminą i kannabisem. Uczyniłem to, podobnie jak William James z podtlenkiem azotu, po to, by sprawdzić, czy pomogą mi one w identyfikacji tego, co może być nazwane „istotnymi”, bądź „aktywnymi” składnikami doświadczenia mistycznego. Gdyż prawie cała klasyczna literatura mistyczna jest niejasna, gdy idzie nie tylko o opis samego doświadczenia, lecz także o ukazanie racjonalnych związków pomiędzy takim doświadczeniem, a różnymi tradycyjnymi metodami polecanymi, by je wywołać: poszczeniem, koncentracją, ćwiczeniami oddechowymi, modlitwami, śpiewem i tańcem. Tradycyjny mistrz zen albo jogin zapytany dlaczego takie a takie metody prowadzą lub pomagają osiągnąć doświadczenie mistyczne odpowie „Ten sposób pochodzi od mego mistrza. Tak to odkryłem. Jeśli jesteś poważnie zainteresowany, sam spróbuj.” Taka odpowiedź nie bardzo zadowoli dociekliwego, naukowo nastawionego i intelektualnie ciekawego człowieka Zachodu. Przypomina mu ona archaiczny, medyczny przepis mówiący o zmieszaniu pięciu salamander, sproszkowanego sznura wisielczego, trzech ugotowanych nietoperzy, szczypty fosforu, trzech pędów lulka czarnego i odrobiny smoczego kału zrobionego kiedy księżyc był w Rybach. Może to i działało, ale który składnik był najważniejszy?

Dotarło do mnie zatem, że jeśli którykolwiek ze środków psychodelicznych ułatwiłby mej świadomości dostęp do przeżycia mistycznego, to mógłbym użyć ich jako instrumentu do studiowania i opisywania tego doświadczenia, tak jak używa się mikroskopu w bakteriologii, pomimo tego, że mikroskop jest „sztucznym” i „nienaturalnym” wynalazkiem, o którym można powiedzieć, że „zniekształca” widzenie gołego oka. Jednakże, gdy po raz pierwszy zostałem zaproszony do przetestowania mistycznych właściwości LSD-25 przez dr Keith’a Ditmana z Kliniki Neuropsychiatrycznej przy Szkole Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego, nie byłem skłonny wierzyć, że jakakolwiek chemia mogłaby wywołać czyste przeżycie mistyczne. Co najwyżej mogło wywołać stan duchowego wglądu analogicznego do pływania z pływakami na ramionach. W rzeczy samej, mój pierwszy eksperyment z LSD-25 nie miał mistycznego charakteru. Było to żywe, interesujące estetyczne i intelektualne doświadczenie, które rzuciło niesłychane wyzwanie dla mych zdolności analitycznych i opisowych.

Parę miesięcy później, w 1959 roku, spróbowałem LSD-25 ponownie z dr Sterling Bunnel i Michealem Agronem, którzy należeli wtedy do Kliniki Langley-Porter w San Francisco. W trakcie dwóch eksperymentów byłem zdumiony i nieco zakłopotany stanem świadomości odpowiadającym dokładnie każdemu opisowi głównych przeżyć mistycznych, o których kiedykolwiek czytałem. Ponadto oba przewyższały głębią i szczególną nieprzewidywalnością trzy „naturalne i spontaniczne” doświadczenia tego rodzaju, które przydarzyły mi się wcześniej.

Poprzez następne eksperymenty z LSD-25 i z innymi środkami wymienionymi powyżej (z wyjątkiem DMT, które uważam za zabawne, ale względnie mało interesujące) odkryłem, że mogę z łatwością wchodzić w stan „kosmicznej świadomości” i po pewnym czasie stałem się coraz mniej zależnym od tych środków w „dostrajaniu się” do tej szczególnej długości fali ludzkiego doświadczenia. Z pięciu wypróbowanych psychodelików odkryłem, że LSD-25 i kannabis służą mi najlepiej. Z nich ten drugi – kannabis – którego musiałem używać zagranicą w krajach, gdzie nie był zabroniony, okazał się lepszy. Nie wywołuje on dziwacznych zmian zmysłowego postrzegania, a badania medyczne wykazują, że w ogromnej większości przypadków nie ma on niebezpiecznych efektów ubocznych takich, jak LSD.

Dla celów tego wywodu, w opisywaniu moich doświadczeń z psychodelikami będę unikał przypadkowych i dziwnych zmian percepcji, które przez te środki mogą być wywołane. Jestem zainteresowany raczej fundamentalnymi zmianami normalnej, społecznie uwarunkowanej świadomości czyjegoś własnego życia i jego relacji to świata zewnętrznego. Spróbuję naszkicować podstawowe zasady psychodelicznej świadomości, lecz muszę dodać, że mówię tylko za siebie. Jakość tych doświadczeń zależy w dużym stopniu od czyjejś głównej orientacji i postawy wobec życia, choć obecna obszerna literatura opisująca te przeżycia odpowiada w stopniu godnym uwagi moim własnym.

Niemal niezmiennie moje eksperymenty z psychodelikami miały cztery główne cechy. Spróbuję je wyjaśnić oczekując, że czytelnik powie, przynajmniej przy drugim i trzecim „Cóż, to oczywiste! Nikt nie potrzebuje narkotyku, by to dostrzec.” Możliwe, ale każdy wgląd ma różne stopnie intensywności. Pierwszy może być oczywisty, drugi również, z tym że pojawia się on już z rozrywającą jasnością, ujawniając swe znaczenia w każdej sferze i wymiarze naszego istnienia.

Pierwszą cechą jest spowolnienie upływu czasu, skoncentrowanie na chwili obecnej. Normalnie przymusowa troska o przyszłość zanika i wyłania się świadomość ogromnej wagi i zainteresowania tym, co dzieje się teraz. Inni ludzie, goniący po ulicy w interesach, wydają się lekko stuknięci, gdyż nie udaje im się pojąć, że sednem życia jest jego pełna świadomość w momencie jego wydarzania się. Człowiek zatem relaksuje się niemal bez granic studiując grę kolorów w szklance wody lub słuchając niezwykle przejmujących wibracji każdej nuty wyśpiewanej czy wygranej na oboju.

Z pragmatycznego stanowiska naszej kultury taka postawa jest bardzo zła dla biznesu. Mogłaby prowadzić do nieprzezorności, braku zdolności przewidywania, zmniejszonej sprzedaży polis ubezpieczeniowych i porzuconych rachunków oszczędnościowych. Jednak jest to właśnie ta korekta, której wymaga nasza kultura. Nie ma kogoś bardziej niepraktycznego, niż „mający powodzenie” urzędnik, który spędza całe swe życie pochłonięty gorączkową robotą papierkową mającą na celu komfortowe przejście na emeryturę w wieku 65 lat, kiedy to już na wszystko będzie za późno. Tylko ci, którzy kultywowali sztukę życia całkowicie w teraźniejszości mogą snuć sensowne plany na przyszłość, gdyż gdy one dojrzeją, będą mogli się nimi cieszyć. „Jutro nigdy nie przychodzi.” Jeszcze nigdy nie słyszałem kaznodziei ponaglającego swoją kongregację do praktyki tej części Kazania na górze, która zaczyna się od „Nie troszczcie się o jutro…” Prawda jest taka, że ludzie żyjący dla przyszłości mają, jak mówimy o szaleńcu „nie całkiem po kolei” – lub tu: przez nadgorliwość ciągle mijają się z istotą rzeczy. Przewidywalność kupiona jest kosztem niepokoju, a jej nadużycie niszczy wszystkie jej dobre strony.

Drugą cechę nazwę świadomością biegunowości. Jest nią żywe zdanie sobie sprawy, że stany, rzeczy i zdarzenia, które zwykle zwiemy przeciwnościami, są współzależne, jak tył i przód albo bieguny magnesu. Przez taką świadomość widzi się, że rzeczy, które są wyraźnie różne, są zasadniczo tym samym: jaźń i inni, podmiot i przedmiot, lewa i prawa, męskie i żeńskie, i dalej, trochę bardziej zaskakująco – materia i przestrzeń, figura i tło, impuls i cisza, święci i grzesznicy, policja i przestępcy, należący do grupy i ci na zewnątrz niej. Każde jest definiowane tylko w relacji do drugiego i istnieją one tylko transakcyjnie, jak kupowanie i sprzedawanie, gdyż nie ma sprzedaży bez zakupu, ani zakupu bez sprzedaży. Gdy ta świadomość staje się żywsza, zaczynasz czuć, że ty sam jesteś jednym biegunem, a świat zewnętrzny drugim w taki sposób, że implikujecie siebie wzajemnie. Twoje popychanie jest jego ciągnięciem, a jego popychanie twoim ciągnięciem – jak wtedy, gdy ruszasz kierownicą. Popychasz ją czy ciągniesz?

Na początku jest to bardzo dziwne wrażenie, podobne do słuchania swego własnego głosu puszczonego zaraz po wypowiedzi. Stajesz się zmieszany i czekasz na ciąg dalszy! Podobnie, czujesz, że jesteś czymś tworzonym przez wszechświat, oraz że wszechświat jest w równym stopniu czymś tworzonym przez ciebie – co jest prawdą, przynajmniej w neurologicznym sensie, gdyż szczególna budowa naszych mózgów tłumaczy słońce na światło i drgania powietrza na dźwięk. Nasze normalne wrażenie związku z zewnętrznym światem jest takie, że czasem ja na niego naciskam, a czasem on na mnie. Lecz jeśli on i ja to jedno, to gdzie zaczyna się działanie i gdzie leży odpowiedzialność? Jeśli wszechświat mnie stwarza, skąd mogę mieć pewność, że za dwie sekundy będę wciąż pamiętał język angielski? Jeśli ja stwarzam wszechświat, to skąd pewność, że za dwie sekundy mój mózg będzie wiedział, jak obrócić słońce w światło? Z takich nieznanych wrażeń doświadczenie psychodeliczne może wywołać zamęt, paranoję i zgrozę, choć jednostka czuje swój związek ze światem dokładnie tak, jak by to opisał biolog, ekolog czy fizyk, gdyż czuje ona się jako zjednoczone pole organizmu i środowiska.

Trzecią cechą, wynikającą z drugiej, jest świadomość względności. Widzę, że jestem ogniwem w nieskończonej hierarchii procesów i istnień, rozciągającej się od molekuł poprzez bakterie i owady do ludzi i, być może, do aniołów i bogów – hierarchii, w której każdy poziom jest w efekcie tą samą sytuacją. Na przykład biedny człowiek martwi się o pieniądze, podczas gdy bogaty martwi się o swe zdrowie: zmartwienie jest takie samo, lecz jego różnica tkwi w treści i wymiarze. Zdaję sobie sprawę, że muszki owocowe myślą o sobie jak ludzie gdyż, tak jak my, znajdują się one w środku ich własnego świata – z niezmiernie większymi rzeczami nad sobą i mniejszymi pod sobą. Dla nas wydają się one wszystkie wyglądać tak samo i nie mieć osobowości, tak jak Chińczycy, gdy się wśród nich nie żyło. Jednak muszki owocówki muszą widzieć tak wiele subtelnych różnic między sobą, jak my między nami.

Stąd już tylko mały krok do uświadomienia sobie, że wszystkie formy życia i istnienia są po prostu wariacjami na jeden temat: jesteśmy faktycznie jednym istnieniem robiącym tą samą rzecz na tyle sposobów, na ile to możliwe. Jak we francuskim przysłowiu „plus ca change, plus c’est la meme chose” (im więcej się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo). Widzę, dalej, że uczucie przerażenia nieuniknioną śmiercią jest w istocie tym samym doświadczeniem, co czucie się żywym, i skoro wszystkie istoty czują to wszędzie, są wszystkie tak „mną”, jak ja sam. Jednak uczucie „ja”, by w ogóle mogło być poczute, musi być odniesione do „inni” – do czegoś poza swą kontrolą i doświadczeniem. By w ogóle być, musi zacząć się i skończyć. Lecz intelektualny skok, który mistyczne i psychodeliczne doświadczenia tu wywołują, umożliwia ci dostrzec, że te miriady centrów „ja” są tobą, jednak nie twoim osobistym i powierzchownym świadomym ego, lecz tym, co Hindusi zwą paratmanem, Jaźnią wszystkich jaźni. Tak jak siatkówka oka umożliwia nam widzieć niezliczone pulsowania energii jako pojedyncze światło, tak doświadczenie mistyczne ukazuje nam niezliczone jednostki jako jedną Jaźń.

Czwartą cechą jest świadomość wiecznej energii, często w formie silnego białego światła, które wydaje się zarówno prądem w twoich nerwach, jak i tym mistycznym E, które równa się mc2. To może brzmi jak megalomania lub urojenie wielkościowe, lecz widzi się całkiem jasno, że całe istnienie jest jedną energią, i że jest ona naszym własnym istnieniem. Oczywiście jest śmierć, jak i życie, gdyż energia jest pulsowaniem, i tak jak fale muszą mieć szczyty i koryta, tak doświadczenie istnienia musi mieć swe on i off. Zasadniczo zatem nie ma się o co martwić, gdyż ty sam jesteś tą wieczystą energią wszechświata, bawiącą się w chowanego (on i off) ze sobą. U korzeni jesteś głową Boga, gdyż Bóg jest wszystkim, co istnieje. Cytując Izajasza trochę poza kontekstem: „Jam jest Pan i nie ma żadnego innego. Ja tworzę światło i ciemność, ja tworzę pokój i zło; Ja Pan czynię wszystkie te rzeczy.” To jest sens podstawowej zasady hinduizmu, Tat twam asi – „TO (tzn. to subtelne Istnienie, z którego składa się cały wszechświat) jest tobą.” Klasyczny przykład tego doświadczenia na Zachodzie jest w pamiętniku Tennyson’a:

„Rodzaj pewnego transu, w który często zapadałem od czasów chłopięcych, kiedy byłem zupełnie sam, pojawiał się głównie przez powtarzanie własnego imienia dwa lub trzy razy do siebie po cichu, aż nagle, jakby poza jednostkową świadomością, sama ta jednostkowość wydawała się rozpuszczać w bezbrzeżnym istnieniu, lecz nie w zmąconym stanie, lecz najczystszym z najczystszych, najpewniejszym z najpewniejszych, najdziwniejszym z najdziwniejszych, całkowicie poza słowami, gdzie śmierć była czymś śmiesznie niemożliwym, a utrata osobowości (jeśli to było to) wydawała się nie zamarciem, lecz jedynym prawdziwym życiem.”

Oczywiście te opisy doświadczenia psychodelicznego, jak je znam, są aspektami jednego stanu świadomości – gdyż omawiałem jedną rzecz z różnych kątów widzenia. Opisy mają przekazać rzeczywistość doświadczenia, lecz czyniąc to, sugerują pewne niespójności pomiędzy takim doświadczeniem i obecnymi wartościami społeczeństwa.

Alan Watts

 

.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén